Travellerspoint Blogi z podróży

PROBLEMY PROBLEMY

Czyli jak dostaliśmy się do Urumczi

sunny 29 °C

To był kolejny piękny dzień podroży. Gdzieś kolo 10 rano z mojego roweru zaczęły wydobywać się dziwne dźwięki. Zatrzymałem się i sprawdziłem kola. Przednie w porządku, ale na tylnim w jednym miejscu na feldze pokazało się wybrzuszenie. Odpiąłem hamulec tylni i ruszyliśmy dalej z myślą że wyprostuje felgę na biwaku. Niestety felga dogorywała . Po godzinie była juz pęknięta na obrzeżu na długości okolo 5cm.
Jechałem dopóki nie uszkodziłem dwóch dętek. Dojechałem do 3720 km drogi 312 i na poboczu siadłem zrezygnowany. Po naradzie ustaliliśmy ze jadę stopem do najbliższego miasta , a Edek dojedzie. Przez dwie godziny nikt sie jednak nie zatrzymał , kierowcy tylko nas pozdrawiali. W akcie desperacji skleiłem jakoś dętkę i zaczęliśmy prowadzić rowery , w nadziei że za zakrętem wydarzy się jakiś cud , na który nie liczyłem. Podobnie miałem w Estonii i strasznie trudno o dobra felgę rozmiaru 28.
Los jednak nad nami czuwa. Za zakrętem był punkt kontroli drogowej ( pleno tu takich )i ulitowali sie nad nami policjanci. Dali pic , porobili zdjęcia i powiedzieli ze załatwią przewóz. Po chwili pokazuje potężna wywrotkę typu KRAZ że nas zabierze. Dodatkowo mówią że trzeba jechać do dużego miasta żeby dostać taką felgę, czyli do oddalonego o 430 Urumczi, mijając Turpan. Bagaże na pakę my do szoferki. Kierowca jedzie nie prędzej niż 60 km / h. O 24 zatrzymuje sie gdzieś przed Turpanem, jemy w barze makaron i idziemy do domu noclegowego. Wywołaliśmy mała panikę ale jakoś nas wpuścili. Rano w drogę i przed Urumczi znowu punkt kontroli i dalej nas nie puszczaja. Tym razem pani policjant mówi że takim samochodem nie możemy wjechać do miasta ale załatwi inny z dojazdem do Hotelu. Po chwili jesteśmy przed Hotelem. Dodam tylko że wszystkie przejazdy były za darmo, tak załatwiali to policjanci.
W super Hotelu zatrzymaliśmy sie na trzy dni żeby wypocząć. Ja łapiąc okazje zabrałem kolo i kazałem się zawieść do sklepu rowerowego,gdzie dopiero w drugim po poszukiwaniach w całej okolicy przyniósł felgę i mam sprawny rower.
Poszło wyjątkowo gładko, a jeszcze 24 godziny temu siedziałem w rowie obok pękniętej felgi, w skwarze i kurzu. Z tylu przyglądało mi sie stado wielbłądów, uśmiechając sie pod nosem. - co ty tu robisz w tych Chinach ?
We wtorek ruszamy dalej.
Za felgę zapłaciłem 220 Y czyli okolo 80 złotych.
Hotel full wypas, miasto tez niezle. Jest bardzo upalnie. Wypoczywamy i opychamy sie. Jest Pizza Hut i KFC
Do Pizza Hut robiliśmy trzy podejscia, bo taka jest kolejka i są zapisy. Ale nareszcie normalne żarcie. Ale jeszcze miesiąc będę musiał jeść ten ich makaron, zielona cebulkę i bambus.
Pozdrawiam.
Edek już nerwowy że za długo wypoczywamy. Kirgizja wprowadziła wizy od lipca więc musimy być na granicy przed końcem miesiąca, a przed nami wysokie góry i wspinaczka z depresji na wysokość 3000m
Pozdrawiam z sympatycznych i kolorowych CHIN.
Właśnie obok w kawiarence dziewczyna ogląda KOD DaVINCi z chińskimi napisami i na pewno nie wie ze jestem z Polski

Wysłane przez qvejt56 05:57 Kategoria Chiny Tagged bicycle Komentarze (0)

URUMCZI _ NOWE ŻYCIE

Walka z przeciwnościami losu

sunny 26 °C

Wylądowaliśmy w URUMCZI. Jutro napisze co się wydarzylo, a będzie o czym pisać.
Pozdrawiam sympatyków i tych co wbijają szpilki do naszych opon. Tęsknie za schabowym.
thumb_SSCN2325.jpg

Wysłane przez qvejt56 06:55 Kategoria Chiny Tagged bicycle Komentarze (0)

Jak Edek ratowal mi zycie !!!

29 dni remedium

sunny 25 °C

square_SSCN2326.jpg

Opisane poniżej wydarzenia zainspirowane zostały pewnymi autentycznymi faktami , które zaraz przedstawię.
Oto nasze dni.
Wstaliśmy rano. Nocleg na kamiennej pustyni 40m od szosy , nie było w czym wybierać. Pustynia to morze kamieni, brak drzew , skwar z nieba , a jedyny cień dajesz ty sam , ale nie możesz z niego skorzystać.
Zjadam kołoczka popijając Cola. Ustaliliśmy że za 66 km będzie miasteczko i tam coś zjemy. Zasuwamy. Jak zwykle rano przeciwny wiatr i tępe pedałowanie. Po 3 godzinach zaledwie 36 km na liczniku. Wiatr trochę zelżał , lekko pod górkę. Mijamy jakąś stację benzynową i kilka baraków. Gps pokazuje miasteczko za 2 km za wzniesieniem. Pedałujemy mocno pod górkę, za wniesieniem pustynia, miasteczka nie ma. Edek mówi że się nie wraca, będzie następne. Krotka chwila zastanowienia i w drogę, zwłaszcza że z górki, z wiatrem. Przebywamy za darmo około 60 km i nic nie spotykamy. Drogowskazy informują o jakiś miasteczkach za 17 lub 18 km , lecz po przybyciu na miejsce jest tylko tablica miejscowości z boku drogi i pustynia . Ludzie już dawno sie wynieśli. Jedziemy dalej. Skwar z nieba . Rano miałem zaledwie 0,6 l Coli która już dawno wypiłem. Sucho w gardle i nadzieja że coś się pokaże i w końcu zjemy. Edek mówi ze w ogolę nic nie jadł. Na liczniku 140 160 i w końcu 180 km. To już ponad moje siły , zrezygnowany zsiadam z roweru i odpoczywam na skraju szosy. Decydujemy się na nocleg, resztkami sił rozbijam namiot. Czekam dwie godziny aż zajdzie piekące słońce i wyciągam z sakwy żelazna rezerwę wody 0,6 l. Gotuje zupkę, pierwszy posiłek dzisiaj , a wodę sączę małymi łykami, ale wkrótce się kończy.
Rano wiatr chce rozerwać namioty. Pakujemy się i w drogę. Silny przeciwny wiatr rzuca nami na wszystkie strony. Miękko naciskam na pedały żeby nie tracić resztki sil. Do najbliższego większego pewnego miasteczka 76km, trzeba dojechać. Tragedia. Po 2 godzinach mamy przejechane 12 km, płakać się chce. Naciskam na pedały i wyrzucam z siebie morze przekleństw. Edek widzi ze wymiękam i dzieli sie ze mną resztka wody, dodając mi trochę sil , ale na krótko. Ruszamy dalej kręcąc powoli, wykonując spokojny spacer farmera. Edek jadący przede mną zatrzymuje się Obok szosy około kilometra widać jakąś fabrykę. Zsiada z roweru i rusza pieszo po wodę, żeby ratować wyprawę, ja siadam na skraju szosy i wypoczywam, zjadam kołoczka , popijając wodą, licząc że przyniesie nową. Przynosi 2 butelki wody , wypijam połowę od razu łapczywie, trochę odżywam. Przed nami kolejna górka, silne porywy wiatru odbierają mi wszystkie chęci do pedałowania. Patrze gdzie walnąć ten rower do rowu. W połowie górki klnę siarczyście i myślę ludzkich słabościach. Miękko wyjeżdżam na górkę i widzę Edka trzymającego dwie butelki Pepsi. Życie wróciło. Na górce była knajpka. Na pierwszy ogień zimne piwo, potem jedzenie i 2 butelki Pepsi. Ktoś się nad nami ulitował. W dodatku droga skręciła i mamy wiatr w plecy. Docieramy do Hami bez stresu. Na miejscu piwko , szaszłyki i internet. Potem jeszcze pokręciliśmy i znowu wyszło 130 km.
Takie oto zmienności losu przynosi dzień, od załamań do chwil radości.
Po
Po 29 dniach po Chinach pora na parę refleksji. Przejechaliśmy 3400 km . Jestem w kawiarence internetowej W Hami na jedwabnym szlaku. Do Turfanu zostało 410 km.
Hami to miasteczko w którym pewny sławny mnich buddyjski o mało nie umarł z braku wody, zaś Marco Polo bardzo chwali to miejsce!!!!!!!!!!!!!!, bowiem miejscowi oprócz gościny użyczali wędrowcom również swoich zon. Były dni , nawet dzisiaj że chciałem rzucić rowerem do rowu i pieprzyc to wszystko. Od rana wiatr z przodu, pod górkę i albo upal albo deszcz. Jazdę w takie dni nazywałem - spacerem farmera - od konkurencji siłowej - specjalizacji Pudziana w przenoszeniu ciężarów. Tylko ten spacer farmera trwał przez cały dzień, masakra. U nas góry to 30km i koniec tutaj 300km i dalej nie wiadomo kiedy się skończy. Miało być z górki ale górki się nie kończą, jak sie zaczną to trwają trzy dni. Ale były i dni ze 100 km jechało się z wiatrem zupełny lajt, na konie cztery piwka i opalanie się. Pogoda jest szalenie zmienna , nawet w ciągu dnia.
Standardowy chińczyk, ma spodnie z garnituru i koszule polo. Skórzany pasek z ozdobną klamrą, do tego przywieszony pęk kluczy i etui z komórką. Nie znają aparatu fotograficznego, dlatego ciężko nam o wspólne zdjęcia, również zegarek na rękę to duża nowość dla nich. Oczywiście nie w miastach , mowie o terenach gdzie przebywamy.Gdy nas widza prawie zawsze zaczynają rozmawiać, wydaje się dla podkreślenia swojego statusu. Spluniecie poprzedza potężne charkniecie, siusiają gdzie popadnie nie mówiąc o tym drugim. Podczas jedzenia wciągają pokarm jak odkurzać i potężnie mlaszczą. Siorbanie bardzo mi odpowiada , demonstruje że też tak umiem, wzbudzając powszechny zachwyt. Podczas jedzenie, jesteśmy główną atrakcją młodych matek, które demonstrują swoim małym jak wygląda obcokrajowiec. Czasami siedzą trzy i przyglądają się. Mamy parę zdjęć z małymi dziećmi, na pamiątkę. Skończyła się żyzna kraina , jechaliśmy 600 km przez pustynie, wokół żywego ducha. Z woda tez cienko, dziwnie namioty dosyć fajnie rozbija sie na kamieniach. Przed nami następna pustynia, jestem pełen obaw bo jest gorąco. Góry znacznie mi odpowiadają bo są bardziej zaludnione. Co będzie to będzie. Na razie jest super. Szkol;y maja co najmniej 4 piętrowe. Jak sie zdarzy że przejeżdżamy prawie w porze końca lekcji nagle znajdujemy się w gronie 5 tysięcy !!! rowerów. Za nami i przednimi nieustające HELLO!.
Powoli ten wąż rozpływa się do mijanych wiosek, niezapomniany widok. Edek miał 2 kolejne gumy tak ze w sumie 10 i ma już wprawę, po za tym rowery na medal. Tylko siły mnie opuszczają i będziemy musieli odpocząć w Turfanie. Zdrowie i apetyt dopisuje. Jemy wszędzie gdzie widzimy pałeczki na stolikach. Dalej jednak nie wiemy co zamawiamy, czysta loteria. Czasami jest pycha, czasami fatalnie. Ale ogólnie żarcie maja ostre , nawet zacząłem jest czosnek i spijać te ostre zupy, żołądek już przyzwyczajony. Drogi maja dobre, prawie wszędzie asfalt. jeżeli Waldek to czyta to melduje ze ścigałem sie z jednym traktorem i oczywiście wygrałem. Są zawzięcie w rywalizacji ale na krótkie dystanse. Ściągałem się i nie dałem zdanych szans chyba ze 4 i z jedną ciężarówką z górki, zademonstrowaliśmy swoją prędkość chociaż nie chciał popuścić.
Pozdrawiam wszystkich trzymajcie za nas kciuki. Chiny to piękny kraj ale strasznie górzysty.
Źyj przygodo
Zwiedziliśmy wschodnia warownię chińskiego muru, piękny buddyjski klasztor ze wszystkimi bóstwami oraz świątynie 39m lezącego Buddy.
square_SSCN2288.jpg

Wysłane przez qvejt56 00:31 Kategoria Chiny Tagged bicycle Komentarze (0)

29 dni Chinach

Trochę z górki trochę pod górkę

sunny 26 °C

Trochę zagadani, zadowoleni z przejechanych kilometrów, niepostrzeżenie znaleźliśmy sie na pustyni.
thumb_SSCN2272.jpg
Wokół bezkres piasku i kamieni. Wąska dróżka asfaltu prowadzi w głąb piekła. Żar leje się z nieba , woda szybko się kończy. Z zaznaczonych na mapie miejscowości pozostał na trasie tylko zardzewiały drogowskaz, masakra. Po przejechaniu kolejnych 40 km zapowiadanego miasteczka z mapy znowu nie ma. Myśleliśmy że coś zjemy a tu od rana żołądki puste. Asfalt zaczyna lepić się do kół. Nagle w oddali majaczy stacja benzynowa , być może z zimnym piciem. Po przejechaniu 2 km okazuje sie fatamorganą. Asfalt przylepił się już na pól centymetra więc zjeżdżamy na pobocze. Zaczynają kleić się do opon drobne kamyczki, jest coraz gorzej. Koła robią się kwadratowe, zjeżdżamy , bo nie da się jechać. Wycieńczeni, siedzimy na skraju drogi, czekając na noc. Nad nami zaczynają krążyć dziwnie znajome ptaki. Widzę jak kłócą się, który z nas jest grubszy, ale nie wiem o co im chodzi. Z boku wychodzi upasiony konik polny. Chwytam i probuje jeść. Ma smak chipsów o smaku boczku z cebula. Zaczyna sie uczta bo jest ich dużo. Skrzydła i nóżki na bok , reszta do brzucha. Najedzeni już mieliśmy drzemać, gdy spostrzegam z lewej flanki czterech chińczyków z dzidami.
thumb_SSCN2269.jpg
Szybko wskakujemy na rowery i w nogi. Po 5km opadnięci z resztek sil opadamy do rowu........ Rano budzi mnie piękna budryska serwując chłodną herbatę, druga potężnym wachlarzem nagania świeże powietrze. Kątem oka widzę jak Edek zażywa masażu.Nagle wachlarz urywa się i dostaję w łeb. Budzę się a tu Edek wali mnie po głowę, że skorpion chodzi mi po kolanie. Potężny pstryk oddalam zagorzenie na 5 metrów. Przebudzony wracam do rzeczywistości. Patrzę jak rodzinka węży przechadza się obok. Rozbawione małe kiwają do mnie podniesionymi ogonkami. Ściskam podniesioną pieść i małym palcem kiwam do nich , wywołując duży entuzjazm. Drogą przejeżdża klimatyzowany autobus pełen Japończyków. Robię wyuczony gest misia z Zoo proszącego o jedzenie w kierunku autobusu, widzę jak z okna wylatują butelka Coca coli i trochę frytek. Rzucamy się na żarcie. Przed startem wyciągamy oszczep który utkwił wlewej sakwie Edka. Miał szczęście że nie w oponę, bo znowu by trzeba kupić nowe. Na pamiątkę bierzemy tylko grot. Ruszamy pełni nadziei w drogę. Przed nami kolejny dzień nie wiadomo co przyniesie. Tak pokrótce wyglądają nasze dzionki.
thumb_SSCN2270.jpg
Trzymajcie z nas kciuki.

Wysłane przez qvejt56 00:00 Kategoria Chiny Tagged bicycle Komentarze (0)

Zhangye

2500 na liczniku

sunny 21 °C

Po opuszczeniu Xi an ruszyliśmy dalej. Edek zakupił nowe opony bo stare nie nadawały się do niczego. Przed nami ostre góry.
Pogoda średnia nie za gorąco.
Zhangye to miasto gdzie Marco Polo spędził ponad rok. Mam godzinę za 2 Y, czyli 78 groszyw internetowej kafejce
Dzięki uprzejmości spotkanych studentów trafiłem do kawiarenki internetowej.
Ale po kolei. początkowo było płasko aż dostaliśmy się w kleszcze gór. Po lewej i prawej niekończące się pasmo. Jadąc drugi dzień można się nabawić klaustrofobii. Nie będę poprawiał błędów bo nie mam czasu więc nawet nie czytam jak pisze. Podczas przejeżdżania tego pasma , poprzecinanego koleją i autostradą, dostaliśmy się do 50 km korka. Nie bardzo było jak jechać więc jechaliśmy środkiem, pomiędzy ciężarówkami. Okazało się że było usypisko kamienia w 2 miejscach i droga zablokowana. Potem przyszła kolej na kolejne góry, tym razem już poważniejsze. W sumie przejechaliśmy trzy pasma - 2000 , 3023 2611 - to nasze szczytowe wysokości. Wczoraj na przykład cały czas pod górę- przewyższenie na 100 km 900m , deszcz i wiatr w oczy - masakra. Zmęczeni śpimy na wysokości 2600m - w nocy zero stopni !!!- ubrany w trzy pary spodni i cztery bluzy niestety zmarzłem. Za to dzisiaj wspaniała pogoda.
Kiedyś na trasie zaskoczył nas deszcz więc schroniliśmy się na stacji benzynowej. I tu obserwacja jak Chińczycy kupują paliwo. Otóż każdy podjeżdża z dowolnej strony , jak pszczoły do ula , tworzy się ogromny korek i wielki galimatias. Stacja ma 8 dystrybutorów a wszyscy kupują w jednym.
Teraz o jedzeniu.
Po początkowych niepowodzeniach, obfitujących wizytami w krzakach, postanowiliśmy lepiej sie odżywiać. Obecnie idzie nam to coraz lepiej . Wszystkie bary i knajpy nasze. W jednej zamówiliśmy nawet kociołek szefa, co wzbudziłó ( za 58 |) ogólny aplauz i zdjęcie z kucharzem. Obecnie jak widzimy na stole pałeczki to wchodzimy. Całkiem nieźle mi idzie jedzenie pałeczkami. Nie wiadomo co zamawiamy - pokazujemy palcem coś przynoszą. Najlepsze że za każdym razem coś innego więc smakujemy wszystkie specjały.
Opuściliśmy wstrętną cywilizację i teraz jesteśmy na prawdziwym Jedwabnym Szlaku. Spokój, cudowne widoki gór otaczających nas ze wszystkich stron.

Jesteśmy w dobrych humorach, czasami sie kłócimy ale jakoś idzie.
Gdybym jechał z podobnym do mnie nie zrobil bym polowy tej trasy. Edek ciągnie do przodu jak dobrze naoliwiona maszyna. Ostatnio kaszlał i myślałem że zwolni, ale nic z tego. Po morderczym etapie 120 km pod górę z przewyższeniem prawie kilometra stwierdził ze etap był lajtowy i puls miał na około 105 - ja opadłem do namiotu i tylko piwo mnie ratowało.
Pozdrawiam wszystkich. Jest super . Teraz mamy z górki aż do depresji więc zupełny lajt.
Chińczycy pracują siedem dni w tygodniu , sklepy sa otwarte od piątej rano. Nie ma zdanych problemów z zakupami, posiłkami . Jest pełno owoców. Wszędzie nas oglądają i przyglądają się rowerom . Maja dobra czekoladę, piwo, udka paczkowane i koloczki. Więc jest się czym odżywiać. Nie ma chleba. Sę tylko słodkie bułki, więc jem kruczka ze słodką bułka i jest mi z tym dobrze. Zdjęć robię kupę ale tym razem nie dam bo jestem na sali pełnej ludzi.
Jesteśmy zdrowi i cali i suniemy do przodu.
Żyj przygodo !!!!!!!!!

Wysłane przez qvejt56 02:01 Kategoria Chiny Tagged bicycle Komentarze (1)

(Wpisy 11 - 15 z 20) « Strona 1 2 [3] 4 »