29 dni Chinach
Trochę z górki trochę pod górkę
29.05.2008
26 °C
Trochę zagadani, zadowoleni z przejechanych kilometrów, niepostrzeżenie znaleźliśmy sie na pustyni. ![]()
Wokół bezkres piasku i kamieni. Wąska dróżka asfaltu prowadzi w głąb piekła. Żar leje się z nieba , woda szybko się kończy. Z zaznaczonych na mapie miejscowości pozostał na trasie tylko zardzewiały drogowskaz, masakra. Po przejechaniu kolejnych 40 km zapowiadanego miasteczka z mapy znowu nie ma. Myśleliśmy że coś zjemy a tu od rana żołądki puste. Asfalt zaczyna lepić się do kół. Nagle w oddali majaczy stacja benzynowa , być może z zimnym piciem. Po przejechaniu 2 km okazuje sie fatamorganą. Asfalt przylepił się już na pól centymetra więc zjeżdżamy na pobocze. Zaczynają kleić się do opon drobne kamyczki, jest coraz gorzej. Koła robią się kwadratowe, zjeżdżamy , bo nie da się jechać. Wycieńczeni, siedzimy na skraju drogi, czekając na noc. Nad nami zaczynają krążyć dziwnie znajome ptaki. Widzę jak kłócą się, który z nas jest grubszy, ale nie wiem o co im chodzi. Z boku wychodzi upasiony konik polny. Chwytam i probuje jeść. Ma smak chipsów o smaku boczku z cebula. Zaczyna sie uczta bo jest ich dużo. Skrzydła i nóżki na bok , reszta do brzucha. Najedzeni już mieliśmy drzemać, gdy spostrzegam z lewej flanki czterech chińczyków z dzidami.![]()
Szybko wskakujemy na rowery i w nogi. Po 5km opadnięci z resztek sil opadamy do rowu........ Rano budzi mnie piękna budryska serwując chłodną herbatę, druga potężnym wachlarzem nagania świeże powietrze. Kątem oka widzę jak Edek zażywa masażu.Nagle wachlarz urywa się i dostaję w łeb. Budzę się a tu Edek wali mnie po głowę, że skorpion chodzi mi po kolanie. Potężny pstryk oddalam zagorzenie na 5 metrów. Przebudzony wracam do rzeczywistości. Patrzę jak rodzinka węży przechadza się obok. Rozbawione małe kiwają do mnie podniesionymi ogonkami. Ściskam podniesioną pieść i małym palcem kiwam do nich , wywołując duży entuzjazm. Drogą przejeżdża klimatyzowany autobus pełen Japończyków. Robię wyuczony gest misia z Zoo proszącego o jedzenie w kierunku autobusu, widzę jak z okna wylatują butelka Coca coli i trochę frytek. Rzucamy się na żarcie. Przed startem wyciągamy oszczep który utkwił wlewej sakwie Edka. Miał szczęście że nie w oponę, bo znowu by trzeba kupić nowe. Na pamiątkę bierzemy tylko grot. Ruszamy pełni nadziei w drogę. Przed nami kolejny dzień nie wiadomo co przyniesie. Tak pokrótce wyglądają nasze dzionki. ![]()
Trzymajcie z nas kciuki.







